| |

część rozdziału "Ranking Zup":
(...)
W Augustowie Laskowski odśpiewał wspólnie z publicznością "Beatę"
i dostał honorową porcję pieczarkowej z kluseczkami. Tak na marginesie,
Augustów zapisał się w naszej pamięci, także z zupełnie innego powodu.
Po koncercie, zmęczeni przyszliśmy do hotelu. A tu... hałas trudny
do wytrzymania! Wesele! Ja próbowałem zasnąć, Zygmunt Chajzer i
Darek Ślęzak - czyli DJ UCHO - doszli do wniosku, że lepiej pójść
i pobawić się korzystając z okazji. Chyba nie wyrzucą? Nie dość,
że nie wyrzucili, to na imprezie było całkiem "wesoło". Najpierw,
na widok Zygmunta, Pan Młody niespodziewanie przerwał taniec z Panną
Młodą i ruszył w kierunku naszego kolegi. Nogi miał już trochę chwiejne,
wzrok mętny (wesele trwało wiele godzin) ale jakoś podszedł. Zatrzymał
się, zbliżył twarz na odległość góra 30 cm i zaskoczonym głosem
wycedził przez zęby: - O rany! Żywy Chajzer!!!
Chwilę potem, DJ UCHO stwierdził, że prowadzący wesele miejscowy
wodzirej jest "taki sobie" i on sam z pewnością zrobi to lepiej.
Jak pomyślał, tak uczynił. Goście byli zachwyceni. Zabawa rzeczywiście
ruszyła z kopyta, a zachwycony UCHO prowadził tańce... aż do czwartej
rano! Problem polegał na tym, że im bliżej było końca, tym częściej
zalotnym wzrokiem na naszego DJ patrzyła... Panna Młoda! Aby nie
doprowadzić do poważniejszych komplikacji trzeba było Darka, prawie
siłą zaciągnąć do hotelowego pokoju!
(...)
Na "Wielkim Gotowaniu" życie biegło dalej. Ale tydzień później,
na przedostatniej imprezie 2002 roku, w Kołobrzegu, byli ranni!
I to kucharze!
Mięsny kociołek pomorski wymagał pokrojenia rekordowej ilości warzyw.
Od samego rana, cała ekipa siedziała obok gara w kuchni i superostrymi
nożami (widziałem jak kucharze przywożą je ze sobą w specjalnej
walizeczce) siekała paprykę, seler, marchewkę, pietruszkę, itp.
Kilka metrów dalej, szef naszego wozu transmisyjnego, Wiesiek Szala,
walczył z anteną satelitarną, która od kilku dni szwankowała. Marta,
Iwona i ja ustalaliśmy kolejność relacji w radiu. Hostessy "obierały"
kostki rosołowe (bez zmian - 8000 szt.!). Mówiąc krótko - wszyscy
mieli pełno pracy i nikt nie miał czasu oglądać się na innych.
Tuż przed 11-tą, od strony namiotu-kuchni rozległ się przeraźliwy
krzyk! To Sowa wył jak ciężko ranne zwierzę! Większość z nas, porażona
siłą głosu Roberta rzuciła wszystko i pobiegła w stronę kuchni.
Gdy zdyszany znalazłem się na miejscu była tam już jedna z hostess,
która troskliwie owijała rękę naszego mistrza bandażem. - Obciąłem
sobie nożem palec!!! - zawołał do nas Sowa. - Zagapiłem się przy
krojeniu!
Byliśmy wstrząśnięci.
- Czy jest gdzieś w pobliżu lekarz? Może pogotowie? - zapytała
rezolutnie udzielająca pierwszej pomocy hostessa.
- Pogotowie będzie lada moment - wyjaśnił Darek Dzwonnik. Zgodnie
z przepisami, przy takich imprezach z publicznością, zawsze na miejscu
musi być fachowa pomoc. Ale w tym przypadku, do rozpoczęcia festynu,
było jeszcze wiele godzin!
W oczekiwaniu na przyjazd karetki, nasze panie pobiegły do apteki
po bandaże, plaster i jodynę. Chwilę później były już z powrotem
na miejscu. Kilka kobiet pochyliło się z troską nad Robertem. Sowa
milczał. Tylko jego twarz wyrażała strach i niewyobrażalne cierpienie.
Panie powoli rozwijały założony prowizorycznie przez hostessę bandaż.
- Zrobimy teraz fachowy opatrunek - komenderowała Iwona.
Kolejne zwoje odchodziły na bok. Wszystkie oczy wpatrzone były
w stół z wyciągniętą, ranną ręką Roberta. W końcu, ukazała się rozłożona
dłoń i... wszystkie pięć palców! Nerwowo szukałem wzrokiem tego
obciętego. Nie ma! Tylko na środkowym zauważyłem... małe na 5 mm
nacięcie naskórka!
Robert był uratowany.
(...)
|
 |
|
|
|